To moje pierwsze spotkanie z jemiołuszkami. Zabawne i ekscytujące:) Przyleciały do mnie pod blok tuż przed zachodem słońca (na moje oko z 500!) na dwa dni. Zrobiły taki spektakl: wszystkie na hura hops na dwie brzozy, 10 minut oddechu i hura na jedno z kilkudziesięciu jarzębin, szamanko minutka i hura znowu na te brzozy. Biegałam od jarzębiny do jarzębiny w mrozie siarczystym i zamieci. Po godzinie odleciały gdzieś poza moim terenem. Od rana zwarta i gotowa, w kalesonach i kilku czapkach ruszyłam pod brzozę:)) Przyleciały i to samo, tylko śnieżyca była większa. Po godzinie zniknęły. Trzeciego dnia zaświeciło słońce, mróz jeszcze większy, więcej kaleson i czapek i ruszyłam na łowy:) Zawód wielki, już nie przyleciały:( Czekam, codziennie zaglądam i liczę, że powrócą, bo fajnie byłoby choć jedną a porządnie sfotografować:))